Już po raz drugi Izba Regionalna w Zielonkach zorganizowała w holu biblioteki niecodzienne spotkanie pod nazwą „Zapustne Darcie Pierza”. Zainteresowanie chętnych pań, by wskrzesić na nowo dawno zapomniany zwyczaj bardzo popularny w podkrakowskich Zielonkach,  było ogromne.

Jak wspominała Janina Bińczycka, długie zimowe wieczory upływały w wielu domach przy darciu pierza. Był to rodzaj wzajemnej pomocy: w jednej chacie gromadziło się nieraz kilkanaście kobiet i dziewcząt, które przez kolejne wieczory darły pierze lub jak częściej u nas mawiano - skubały pierze.
Jak z rozrzewnieniem wspomina pani Antonina Kadula, pierze było potrzebne: każda zapobiegliwa matka hodowała gęsi, by z ich piór zrobić później córce pierzynę i poduchy, które stanowiły podstawowy element wiana młodej panny. Jak wspominała moja mamusia – mówi - jeszcze po wojnie długo utrzymywał się ten zwyczaj.
Wieczory te upływały na rozmowach, opowiadaniu niezwykłych historii, a często jak to wśród kobiet bywa - na zwykłym plotkowaniu, dopowiada pani Zofia Chacuś, która bardzo się angażuje we wszystkie przedsięwzięcia folklorystyczno-etnograficzne, organizowane przez Izbę Regionalną w Zielonkach. Dość często ten monotonny nastrój wieczoru przerywali chłopcy, którzy wpadali do izby znienacka i dmuchali, co sił w piersiach w pierze, to zaś fruwało po całej izbie, a gospodyni lamentowała głośno nad ich wybrykami. Fakt, że nikt na chłopców długo się nie gniewał i tak naprawdę kobiety były zadowolone, że chłopcy umilą im ten wieczór swym towarzystwem. Takie wspomnienia zachował sprzed lat pan Antoni Orzechowski, który podarował do zbiorów muzealnych kaftan i pas krakowski z przełomu XIX i XX w. oraz koszulę, spodnie w białe paski i czapkę krakowską. Z dumą podkreślił, że w tym stroju był dwukrotnie w Castel Gandolfo u papieża Jana Pawła II z delegacją z Zielonek, po raz pierwszy we wrześniu 1981 r. niedługo po zamachu majowym na Placu św. Piotra.
Pan Władysław Orzechowski – sołtys Zielonek z rozrzewnieniem dodaje - to były naprawdę cenne chwile w życiu wiosek: integrowały społeczeństwo, ludzie połączeni wspólną pracą czuli się sobie bliżsi. Bywało, że taki właśnie wieczór stawał się okazją do pocieszenia kogoś w troskach lub co zdarzało się dość często do zeswatania dwojga młodych ludzi. Dzięki temu zajęciu nikt nie był samotny, a i praca szła żwawiej.

Nie zapominajmy, że skubanie pierza stanowiło jedną z niewielu przecież możliwych wówczas form życia towarzyskiego na wsi w okresie zimowym, kiedy rolnictwo zamierało. Wieczory skubania pierza należały do bardzo radosnych. I choć czynność darcia pierza wcale nie należała do atrakcyjnych, ani zbyt lekkich, gospodynie i młode panienki nie narzekały. Kończono skubać w jednym domu, a już następnego wieczora zaczynano w następnym.
Józefa Nowakowska wspomina, że jej teściowa  Helena Nowakowska z Baranów, która urodziła się w 1916 r. opowiadała, że darcie pierza kończyło się tzw, „wyskubkiem”. Była to zabawa, na którą gospodynie piekły buchty z kruszonką i kołacze z serem. Nie żałowano też gorzałki, wszak był to okres karnawału, czyli czas rozmaitych psot i psikusów. Czasem zapraszały nawet jakiegoś grajka, by zagrał skocznie młodym do zabawy, a w Zielonkach przed wojną i zaraz po niej ich nie brakowało. Bawiono się nieraz długo w nocy. Gospodyni, która nie urządziłaby „wyskubka” nie miała, co liczyć na sąsiedzką pomoc na drugi rok.
Zofia Bińczycka wspomina, jak jej mama opowiadała, że w Zielonkach i Toniach, pączki i chrust przed wojną wyrabiano tylko w niektórych domach. Na dobre zagościł w tej okolicy po wyzwoleniu.

Musimy też przypomnieć starodawne obyczaje, jakie panowały na podkrakowskich wsiach. Jednym z nich było wywianowanie w posag córek. Im zamożniejsze gospodarstwo, tym okazalsze było wiano dla przyszłej gospodyni, jakie wnosiła w zawiązek małżeński. Nie było ,,prawdziwego" wesela krakowskiego bez okazałej wyprawy panny młodej składającej się z poduch, piernatów i pierzyn. Do wypełnienia tych wszystkich atrybutów zamążpójścia potrzebne było w dużej ilości pierze. Ale nim pierze zmieniło się w miękki puch wypełniający wiejskie poduchy, gospodynie czekało z tym wiele pracy. Należy też wspomnieć, że nadwyżki pierza sprzedawano w pobliskim Krakowie. Zieleńczanki najczęściej sprzedawały gęsi puch na placach targowych takich jak: Stary i Nowy Kleparz, Kazimierz. Stanowiło to   w zimie, poza nabiałem i jajami oraz zakopcowanymi aż do przednówka warzywami, dodatkowy dochód dla gospodarstwa, w którym żyła wielodzietna rodzina.
Pani Zofia Krawczyk opowiada, że często odbywało się to, co sobotę, prawie  zawsze w innej chałupie. Niekiedy po skończonej pracy, do izby wkraczali mężczyźni i przy ludowej muzyce zabawa trwała nieraz do późna w nocy.
Leokadia Piątek i Anna Palimąka wspominają - zwyczaj darcia pierza zamarł w Zielonkach i okolicy w  lat 60/70 XX wieku, do dzisiejszych czasów nie przetrwałby bez aktywnej  działalności Izby Regionalnej w Zielonkach, która wyszukuje i rekonstruuje starodawne zwyczaje i obrzędy, a my jak możemy, to z radością się angażujemy w tego typu wydarzania w rodzimej wsi. Daje to nam wiele wspomnień z naszej młodości i wspominamy kochane twarze tych, których już nie ma między nami.

Mariusz Zieliński

Galeria zdjęć - KLIKNIJ TUTAJ!